Chcąc nie chcąc muszę zakończyć wywód o inspiracjach tymi cudownymi miastami aby opowiedzieć Wam historię tych spodni. Jestem pewna, że choć raz w życiu mieliście kiedyś taką sytuacje jak moja: wchodzisz do sklepu, snujesz się między milionem ubrań, wzrok gładko przeskakuje z dziwnych butów na słomianej podeszwie na jeszcze dziwniejsze okulary z diamencikami idealnie pasującymi do białych kozaczków i różowej mini( tak mam tutaj na myśli jedną z sieciówek, H&M; tak, im też zdarzają się wpadki). Aż nagle widzisz TO. W moim przypadku były to cudowne, bijące po oczach swoją czerwienią rurki. Prawie tak szybko jak deportacja Zgredka przemieściłam się w ich kierunku i jeszcze bardziej oniemiałam z zachwytu. Idealnie miękkie(nienawidzę sztywnych jeansów)i mocno zwężane ku dołowi. Oczami wyobraźni już widziałam siebie w nich, do kompletu z amerykańską collegówką, którą, notabene, kiedyś kupię. Jedno spojrzenie na cenę-fuck, nie mam tyle kasy. Zwyczajny pech, że wydałam wszystko na piękną hawajską sukienkę. Z bólem serca zostawiłam je,wiedząc, że są mi pisane. Przez następny tydzień nie dawały mi spokoju, więc nie widziałam innego wyjścia niż wrócenie po nie. I tak stałam się szczęśliwą posiadaczką rurek, które wzbudzają sensację wszędzie gdzie tylko zostanie zauważona ich głęboka czerwień. Wierzcie mi, w tak małym mieście jak to, w którym przyszło nam żyć razem B. każde odstępstwo od: zwykłej szarej bluzki, zwykłych jeansów czy jeszcze zwyklejszej fryzury jest wyrażane długimi spojrzeniami w stylu: 'Jak ona mogła coś takiego założyć?!'. Żyć nie umierać! :)
Anilakk






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz