Słomiany zapał.
On jest winny wszystkim niepowodzeniom i porażkom. Tak, tylko i wyłącznie on. Jest jak czarna pantera, cicho skradająca się, aby nagle skoczyć i pożreć swoją ofiarę-chęci. Sprzymierzeńcem słomianego zapału jest czas. Bezwzględny.
Mimo, że za 3 dni najdłuższy dzień w roku to już teraz, o 21.33 zaczyna być ciemno. A ja siedzę i marznę, bo jestem na tyle leniwa, że nie chce mi się skoczyć szybko do okna, żeby je zamknąć. Oh, jaka szkoda. Wkopałam się, przysłowiowo mówiąc. Wsiąknęłam jak gąbka w świat podróży, Włoch i tanich biletów. Skomlę do monitora za każdym razem jak zobaczę trasę Katowice-Rzym za 73zł. Odliczam dni do ukończenia liceum. Odliczam do pierwszej samodzielnej podróży.
Z praktycznego punktu widzenia lepszy jest Paryż-genialny w swym przepychu i wielkości. Miasto Miłości z Wieżą Eiffla stojącą na czele najbardziej charakterystycznych zabytków. Co z tego, że spędziłam tam ferie, skoro nie widziałam nawet 1/3 tego miasta? Aby poznać dogłębnie stolicę Francji, łącznie z jej krętymi,wysokimi uliczkami przy Sacre-Coeur potrzeba miesięcy. Co bardziej sztampowe miejsca(które TRZEBA zobaczyć, ale..) mogą się wydawać na pierwszy rzut oka cudowne, ale po chwili dopada człowieka coś, co bardzo inteligentnie, nazwałam syndromem paryskim. Widziane na zdjęciach i w filmach. Moulin Rouge, Luwr, Łuk Tryumfalny.
Jednak niewyobrażalna siła ciągnie mnie w stronę Italii. Tej prawdziwej, południowej, gorącej i pachnącej oliwą. Ah, gdy tylko o tym myślę, nachodzi mnie ochota na pizzę-nie taką z pizzeri zza rogu, na grubym cieście, spolonizowanej, rzecz biorąc-placka z serem. To jest ochota na cienkie ciasto, aromatyczny sos pomidorowy i mocno pachnącą bazylię na roztopionej mozzarelli. No wiecie, taka tradycyjna, jak flaga Włoch. Zielona, czerwona, biała.
Do tego zjadłabym chleb czosnkowy nasączony oliwą z Prosciutto di Parma. Oh, mamma mia.To wszystko sprowadza się do tego, że doceniając kuchnie inną niż polską(z całym szacunkiem, ale schaby i ziemniaki nie są orgazmem dla moich kubków smakowych) ciągle poszukuję nowych smaków. Czasem nieudolnie, czasem wychodzi niebo. Delikatny camembert posmarowany posiekaną bazylią,czosnkiem, ziołami i oliwą i ugrillowany? Rozpływa się w ustach, niczym w reklamie owego sera.
Kuskus z kurczakiem, curry, papryką, bazylią, zapiekany z parmezanem? Check. Aż zrobiłam się głodna!
Jest czerwiec, a ja nigdzie nie stworzyłam relacji z Paryża. Cały tydzień cudownego szczęścia jedynie w mojej głowie? Muszę to zmienić, a na razie bonne nuit!
Inspiration of the cities with soul
Jeździmy palcem po mapie, by dotrzeć do największych stolic świata. Zainspirowane nimi, na co dzień prowadzimy tego bloga. Jest cząstką nas, więc będzie łatwiej Ci zrozumieć naszą interpretację świata, kiedy tu zostaniesz na dłuższą chwilkę ...
czwartek, 21 czerwca 2012
środa, 25 stycznia 2012
Patrząc wstecz chyba zawsze mamy dziwne uczucie dotyczące upływu czasu. Lekkie ukłucie, w sercu lub w umyśle, nieważne gdzie, bo istnieje i czasem nie daje spokoju. Tak było i tym razem... Za oknem zamarznięte drzewa, dachy lekko zasypane śniegiem. W ciepłym pokoju ja, bogatsza o pół roku w liceum, PRAWIE siedemnastolatka. Okres wakacji i cudownego słońca już dawno za nami, ale też już niedaleko przed nami. Patrząc, a raczej próbując zerknąć w przyszłość poprzez moje tajemnicze dziury w niedawno zbudowanej barierze chroniącej przed wychłodzeniem i tak zimnego życia zwykłej uczennicy, widzę następne kilka dni. Kilka dni w Paryżu. Gdy to piszę to i tak dalej w to nie wierzę, choć decyzja zapadła już w listopadzie. Cudowny(musi!) paryski tydzień pomaga mi się utrzymać w żmudnej pracy o lepszą sylwetkę.Żmudna, bo ciągle towarzyszy mi tęsknota za wycieczkami rowerowymi, bieganiem o zmroku czy świeżymi warzywami i truskawkami.
Wiele rzeczy się zmieniło. Rzeczy, które miały ogromny wpływ chociażby na styl pisania tutaj. Nie wiem jak B, ale czasem mam ogromną ochotę aktywować na nowo Stajlisha, mimo własnych dwóch blogów.
Adios, krótka, niezbyt rzeczowa notka, aby nadać porządek. Meet me in Paris!
Wiele rzeczy się zmieniło. Rzeczy, które miały ogromny wpływ chociażby na styl pisania tutaj. Nie wiem jak B, ale czasem mam ogromną ochotę aktywować na nowo Stajlisha, mimo własnych dwóch blogów.
Adios, krótka, niezbyt rzeczowa notka, aby nadać porządek. Meet me in Paris!
A.
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
With love from the sea
Wiemy, jesteśmy cudownie nieodpowiedzialne. Zostawiłyśmy naszego raczkującego blogaska na tak długi okres samotności. Bijemy się w pierś i zaczynamy od nowa. Zaczynam ja-porcją zdjęć z sesji zrobionej nad morzem. Wiąże się z tym dosyć zabawna historia, ponieważ cały outfit-i B i naszego drogiego modela był przygotowany na kolonijny 'pokaz mody'. Wśród chłopaków przebranych za dziewczyny, natapirowanych włosów i ubrań założonych 'żeby było kolorowo' ich wejście było prawdziwym przełomem. Dosyć krótkie, z odpowiednio dobraną historią- Boston, rok 1950. Para zakochanych przechadza się po zmierzchu wąskimi uliczkami.
Po zakończonym pokazie i pamiątkowych zdjęciach pojawił się pomysł sesji. Szybko rzuciliśmy się prosić nasze kochane wychowawczynie aby pomogły zrealizować nam nasz pomysł. I tak, o godzinie 21.30 biegniemy na plażę żeby złapać ostatnie promienie światła.
Szalone bieganie po mokrym i zimnym piasku, zalane nogawki i fale, które podmywały spódniczkę B-jedne z najcudowniejszych odczuć podczas sesji. To szaleństwo w głowie, kiedy wiem, że wspólnymi siłami stworzymy coś cudownego, pasja bijąca z każdego miejsca gdzie tylko postawiłyśmy stopę. Mam nadzieję, że się nam udało:
Po zakończonym pokazie i pamiątkowych zdjęciach pojawił się pomysł sesji. Szybko rzuciliśmy się prosić nasze kochane wychowawczynie aby pomogły zrealizować nam nasz pomysł. I tak, o godzinie 21.30 biegniemy na plażę żeby złapać ostatnie promienie światła.
Szalone bieganie po mokrym i zimnym piasku, zalane nogawki i fale, które podmywały spódniczkę B-jedne z najcudowniejszych odczuć podczas sesji. To szaleństwo w głowie, kiedy wiem, że wspólnymi siłami stworzymy coś cudownego, pasja bijąca z każdego miejsca gdzie tylko postawiłyśmy stopę. Mam nadzieję, że się nam udało:
Anilakk
niedziela, 31 lipca 2011
Białkowiec
Nagminne nie pisanie postów przez dwa dni chyba nie jest aż takie złe prawda? Tym bardziej jeśli życie jest bardziej ciekawsze od wirtualnego świata. Niemniej jednak bardzo przepraszam i postanawiam poprawę.
Niedziela jest u mnie dniem ciasta. Praktycznie co tydzień, zaraz po śniadaniu padają słowa: 'Pieczemy ciasto?'. Jeśli nie mam upatrzonego przepisu sięgam do starego zeszytu mojej mamy, gdzie parę przepisów już wyblakło a kartki noszą ślady tłustych odcisków palców albo szybko strzepywanej mąki.
Tym razem jednak zeszyt nie pomógł tylko stara książka kucharska. Wybieramy-białkowiec, z powodu białek, które były w lodówce.
SKŁADNIKI
-szklanka białek
-3 szklanki mąki
-szklanka oleju
-1 1/2 szklanki cukru
-1/2 szklanki letniego mleka
-łyżeczka proszku do pieczenia
-cukier waniliowy/esencja zapachowa
-garść suszonych moreli
-dwie łyżki kakao
-pół szklanki maku
Białka ubić z cukrem. Ubijając wlewać stopniowo do piany na przemian olej, mąkę wymieszaną z proszkiem, mleko. Ciasto podzielić na 3 części: do jednej wsypać pokrojone morele, do drugiej mak, do trzeciej kakao i dolać jedną łyżkę wody. Do formy do babki wlać wszystkie warstwy po kolei. Piec przez około 45 minut w piekarniku nagrzanym do 180'C
Niedziela jest u mnie dniem ciasta. Praktycznie co tydzień, zaraz po śniadaniu padają słowa: 'Pieczemy ciasto?'. Jeśli nie mam upatrzonego przepisu sięgam do starego zeszytu mojej mamy, gdzie parę przepisów już wyblakło a kartki noszą ślady tłustych odcisków palców albo szybko strzepywanej mąki.
Tym razem jednak zeszyt nie pomógł tylko stara książka kucharska. Wybieramy-białkowiec, z powodu białek, które były w lodówce.
SKŁADNIKI
-szklanka białek
-3 szklanki mąki
-szklanka oleju
-1 1/2 szklanki cukru
-1/2 szklanki letniego mleka
-łyżeczka proszku do pieczenia
-cukier waniliowy/esencja zapachowa
-garść suszonych moreli
-dwie łyżki kakao
-pół szklanki maku
Białka ubić z cukrem. Ubijając wlewać stopniowo do piany na przemian olej, mąkę wymieszaną z proszkiem, mleko. Ciasto podzielić na 3 części: do jednej wsypać pokrojone morele, do drugiej mak, do trzeciej kakao i dolać jedną łyżkę wody. Do formy do babki wlać wszystkie warstwy po kolei. Piec przez około 45 minut w piekarniku nagrzanym do 180'C
Anilakk
sobota, 30 lipca 2011
What do you think?
Wiele domów mody patrząc na sytuację na rynku i zapotrzebowania klientów postanawia stworzyć projekty, których odbiorcami mogą być nawet zwykli śmiertelnicy, a nie jedynie celebryci, gwiazdy ekranu bądź show-biznesu. Taki wniosek wysnuł także dom mody Balmain.Wiadomość o tym, że rozszerza on swoją działalność i postanawia stworzyć tańszą linię, dotarła do mnie niedawno. Czekałam z wypiekami na twarzy na efekty, jakich dokona nowy dyrektor artystyczny - Olivier Rousteing. Pierre Balmain (założyciel domu mody; a od teraz nazwa tańszej linii) do sklepów ma trafić w grudniu tego roku, jednak mam nieodparte wrażenie, że tej kolekcji czegoś brak ... Ogólne przesłanie - hard, rock.
Projekty wychodzące spod ręki pierwszego założyciela zachwycały klasycyzmem oraz przywodziły na myśl luksus. Po śmierci założyciela obowiązki przejął Erik Mortensen (był prawą ręką szefa), a później jego stanowisko zajął znany wszystkim tym, którzy choć trochę wykazują zainteresowanie fashion - Oscar de la Renta. W nowoczesny świat markę Balmain wprowadził Christophe Decarnin, który zagrzał stanowisko do kwietnia tego roku, by udostępnić miejsce wyżej wspomnianemu Olivierowi.
W kolekcji tańszej linii możemy zobaczyć jedną z głównych cech wielu projektów, czyli pogróbione ramiona (uwielbiam je!), wiele ćwieków, skinny jeans, łańcuchy oraz materiały skóro-podobnych.
Rozumiem, że bardziej ekonomicznym rozwiązaniem jest wydanie 500 zł coś z linni Pierre Balmain, aniżeli mieć w szafie ciuch za 5000 euro.
Na koniec sukienka, która wywołała falę zachwytów. Osobiście oddałabym wiele za nią, mmm. Mieć takie cudeńko w szafie ...
![]() |
![]() |
Czuję się nieco zawiedziona patrząc na projekty Pierre Balmain, ponieważ mam nieodparte wrażenie, że kolekcja jest niedopracowana ... Czy tylko ja tak sądzę? Odpowiedzi w komentarzach mile widziane :)
B.
czwartek, 28 lipca 2011
Spotaniczne tortille
Otwierasz lodówkę. Spoglądasz na to co się w niej znajduje. Zamykasz. Odchodzisz na parę minut ale jakaś niewidzialna siła ciągnie Cię w jej stronę. No tak, ale co zrobić jeśli masz do użycia parę plasterków wędliny, pomidora, ewentualnie ketchup?
Coś najprostszego na świecie, coś co nie wymaga ani długiego przygotowania ani stania nad kuchnią(chociaż w moim przypadku jest to jedno z ulubionych zajęć). Przeszukuję w myślach przepisy, przypominam sobie przeczytane książki kucharskie, obejrzane blogi kulinarne. Mam! Tortilla! Tylko teraz pytanie-jak to zrobić? Nigdy w życiu tego nie robiłam, ba, nie znałam nawet składników. Wysiliłam mózg do granic możliwości, wzięłam miskę, wsypałam mąki, dolałam wody, odrobinę oliwy z oliwek, sól, pieprz, oregano. Wszystko zagniotłam, rozwałkowałam i usmażyłam na patelni bez tłuszczu. Do tego przesmażyłam wędlinę, pokroiłam w kostkę pomidora, paprykę i ogórka. Na gotowe 'placki' wylałam ketchup, farsz, wszystko zawinęłam.
Bon apetit!
(domyślam się, że zdjęcia nie wyglądają zbyt apetycznie ale zapewniam, że toritilla była pyycha:)
Coś najprostszego na świecie, coś co nie wymaga ani długiego przygotowania ani stania nad kuchnią(chociaż w moim przypadku jest to jedno z ulubionych zajęć). Przeszukuję w myślach przepisy, przypominam sobie przeczytane książki kucharskie, obejrzane blogi kulinarne. Mam! Tortilla! Tylko teraz pytanie-jak to zrobić? Nigdy w życiu tego nie robiłam, ba, nie znałam nawet składników. Wysiliłam mózg do granic możliwości, wzięłam miskę, wsypałam mąki, dolałam wody, odrobinę oliwy z oliwek, sól, pieprz, oregano. Wszystko zagniotłam, rozwałkowałam i usmażyłam na patelni bez tłuszczu. Do tego przesmażyłam wędlinę, pokroiłam w kostkę pomidora, paprykę i ogórka. Na gotowe 'placki' wylałam ketchup, farsz, wszystko zawinęłam.
Bon apetit!
(domyślam się, że zdjęcia nie wyglądają zbyt apetycznie ale zapewniam, że toritilla była pyycha:)
Anilakk
Friendly Fires
Welcome, Drodzy Państwo(lubię się tak do Was zwracać; pytanie tylko czy w ogóle ktoś nas czyta-jeśli tak, dajcie znać w komentarzu, nawet jeśli nie jesteście z blogowej sfery)w ten dzisiejszy poranek. Ykhm, to znaczy popołudnie-skutki wstawania o 11. Nie wyszedł mi wakacyjny plan budzenia się wcześniej aby dzień trwał dłużej. No cóż, przemilczę tę kwestię i przejdę do dzisiejszego tematu.
A mianowicie jest to moje nowe odkrycie muzyczne. Na tyle zajebiste, że muszę się z tym podzielić. Friendly Firies. W dosłownym tłumaczeniu Przyjazne Promienie. To indie rockowa grupa muzyczna powstała w 2006 roku w St Albans w Hertfordshire(Wielka Brytania). Myślę jednak, że samo określenie 'indie rock' zupełnie do nich nie pasuje. W ich twórczości słychać również muzykę elektroniczną i miejscami indie pop co w połączeniu z lekkimi tekstami, nadaje im status new rave, indietronic'ki a nawet dance. Pierwsze co mnie do nich przyciągnęło to cudowny tekst piosenki 'Paris', która brzmi jak obietnica wyrwania się z Polski. Nie żebym coś miała do naszego kraju <szczerzy zęby>.
Kiedy pierwszy raz zobaczycie teledysk do fenomenalnego utworu 'Kiss of life' możecie zaśmiać się w głos. Pozwalam, ponieważ mnie też śmieszył taniec frontmana-Eda Macfarlana. Cudownie wypina swoje bioderka, nie uważacie? :) Jednak najlepszy moment rozpoczyna się w 3:12 minucie piosenki kiedy Ed cztery razy wyśpiewuje 'A thousand butterflies from your lips to mine'. Wtedy zupełnie odpływam i chłonę to każdym skrawkiem mojej duszy.
Następny utwór, w którym wokalista daje popis swojego tańca jest 'Hawaiian Air'. Jest to dosyć lekka piosenka o ... Hawajach. Video utrzymane jest w cudownym klimacie bujających się na wietrze palm, turkusowej wody i tancerek hula.Doskonale zrobione, należą się brawa nie tylko dla zespołu ale i również dla operatora kamery, który sprawił, że przez równe 4 minuty czujemy się jak na wakacjach(przeraźliwie zazdroszczę chłopakom, że mieli możliwość przedzierania się przez dżunglę czy skakania do cudownie przejrzystej wody z wysokich skarp). Dzięki temu teledysk powędrował do moich ulubionych.
Teraz zakładam słuchawki i razem z płynącą z nich muzyką Przyjaznych Promieni idę łapać równie przyjazne promienie Słońca, które dzisiaj zaszczyciło nas swoją obecnością i (prawie) mocno grzeje. Aloha!
A mianowicie jest to moje nowe odkrycie muzyczne. Na tyle zajebiste, że muszę się z tym podzielić. Friendly Firies. W dosłownym tłumaczeniu Przyjazne Promienie. To indie rockowa grupa muzyczna powstała w 2006 roku w St Albans w Hertfordshire(Wielka Brytania). Myślę jednak, że samo określenie 'indie rock' zupełnie do nich nie pasuje. W ich twórczości słychać również muzykę elektroniczną i miejscami indie pop co w połączeniu z lekkimi tekstami, nadaje im status new rave, indietronic'ki a nawet dance. Pierwsze co mnie do nich przyciągnęło to cudowny tekst piosenki 'Paris', która brzmi jak obietnica wyrwania się z Polski. Nie żebym coś miała do naszego kraju <szczerzy zęby>.
Kiedy pierwszy raz zobaczycie teledysk do fenomenalnego utworu 'Kiss of life' możecie zaśmiać się w głos. Pozwalam, ponieważ mnie też śmieszył taniec frontmana-Eda Macfarlana. Cudownie wypina swoje bioderka, nie uważacie? :) Jednak najlepszy moment rozpoczyna się w 3:12 minucie piosenki kiedy Ed cztery razy wyśpiewuje 'A thousand butterflies from your lips to mine'. Wtedy zupełnie odpływam i chłonę to każdym skrawkiem mojej duszy.
Friendly Fires 'Kiss of life'
Następny utwór, w którym wokalista daje popis swojego tańca jest 'Hawaiian Air'. Jest to dosyć lekka piosenka o ... Hawajach. Video utrzymane jest w cudownym klimacie bujających się na wietrze palm, turkusowej wody i tancerek hula.Doskonale zrobione, należą się brawa nie tylko dla zespołu ale i również dla operatora kamery, który sprawił, że przez równe 4 minuty czujemy się jak na wakacjach(przeraźliwie zazdroszczę chłopakom, że mieli możliwość przedzierania się przez dżunglę czy skakania do cudownie przejrzystej wody z wysokich skarp). Dzięki temu teledysk powędrował do moich ulubionych.
Friendly Fires 'Hawaiian air'
Teraz zakładam słuchawki i razem z płynącą z nich muzyką Przyjaznych Promieni idę łapać równie przyjazne promienie Słońca, które dzisiaj zaszczyciło nas swoją obecnością i (prawie) mocno grzeje. Aloha!
Anilakk
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)































