niedziela, 31 lipca 2011

Białkowiec

Nagminne nie pisanie postów przez dwa dni chyba nie jest aż takie złe prawda? Tym bardziej jeśli życie jest bardziej ciekawsze od wirtualnego świata. Niemniej jednak bardzo przepraszam i postanawiam poprawę.
Niedziela jest u mnie dniem ciasta. Praktycznie co tydzień, zaraz po śniadaniu padają słowa: 'Pieczemy ciasto?'. Jeśli nie mam upatrzonego przepisu sięgam do starego zeszytu mojej mamy, gdzie parę przepisów już wyblakło a kartki noszą ślady tłustych odcisków palców albo szybko strzepywanej mąki.
Tym razem jednak zeszyt nie pomógł tylko stara książka kucharska. Wybieramy-białkowiec, z powodu białek, które były w lodówce.

SKŁADNIKI
-szklanka białek
-3 szklanki mąki
-szklanka oleju
-1 1/2 szklanki cukru
-1/2 szklanki letniego mleka
-łyżeczka proszku do pieczenia
-cukier waniliowy/esencja zapachowa
-garść suszonych moreli
-dwie łyżki kakao
-pół szklanki maku

Białka ubić z cukrem. Ubijając wlewać stopniowo do piany na przemian olej, mąkę wymieszaną z proszkiem, mleko. Ciasto podzielić na 3 części: do jednej wsypać pokrojone morele, do drugiej mak, do trzeciej kakao i dolać jedną łyżkę wody. Do formy do babki wlać wszystkie warstwy po kolei. Piec przez około 45 minut w piekarniku nagrzanym do 180'C







Anilakk

sobota, 30 lipca 2011

What do you think?



Wiele domów mody patrząc na sytuację na rynku i zapotrzebowania klientów postanawia stworzyć projekty, których odbiorcami mogą być nawet zwykli śmiertelnicy, a nie jedynie celebryci, gwiazdy ekranu bądź show-biznesu. Taki wniosek wysnuł także dom mody Balmain.Wiadomość o tym, że rozszerza on swoją działalność i postanawia stworzyć tańszą linię, dotarła do mnie niedawno. Czekałam z wypiekami na twarzy na efekty, jakich dokona nowy dyrektor artystyczny - Olivier Rousteing. Pierre Balmain (założyciel domu mody; a od teraz nazwa tańszej linii) do sklepów ma trafić w grudniu tego roku, jednak mam nieodparte wrażenie,  że tej kolekcji czegoś brak ... Ogólne przesłanie - hard, rock.
Projekty wychodzące spod ręki pierwszego założyciela zachwycały klasycyzmem oraz przywodziły na myśl luksus. Po śmierci założyciela obowiązki przejął Erik Mortensen (był prawą ręką szefa), a później jego stanowisko zajął znany wszystkim tym, którzy choć trochę wykazują zainteresowanie fashion - Oscar de la Renta. W nowoczesny świat markę Balmain wprowadził Christophe Decarnin, który zagrzał stanowisko do kwietnia tego roku, by udostępnić miejsce wyżej wspomnianemu Olivierowi.






W kolekcji tańszej linii możemy zobaczyć jedną z głównych cech wielu projektów, czyli pogróbione ramiona (uwielbiam je!), wiele ćwieków, skinny jeans, łańcuchy oraz materiały skóro-podobnych.




Rozumiem, że bardziej ekonomicznym rozwiązaniem jest wydanie 500 zł coś z linni Pierre Balmain, aniżeli mieć w szafie ciuch za 5000 euro.

Na koniec sukienka, która wywołała falę zachwytów. Osobiście oddałabym wiele za nią, mmm. Mieć takie cudeńko w szafie ...



Czuję się nieco zawiedziona patrząc na projekty Pierre Balmain, ponieważ mam nieodparte wrażenie, że kolekcja jest niedopracowana ... Czy tylko ja tak sądzę? Odpowiedzi w komentarzach mile widziane :)

B.

czwartek, 28 lipca 2011

Spotaniczne tortille

Otwierasz lodówkę. Spoglądasz na to co się w niej znajduje. Zamykasz. Odchodzisz na parę minut ale jakaś niewidzialna siła ciągnie Cię w jej stronę. No tak, ale co zrobić jeśli masz do użycia parę plasterków wędliny, pomidora, ewentualnie ketchup?
Coś najprostszego na świecie, coś co nie wymaga ani długiego przygotowania ani stania nad kuchnią(chociaż w moim przypadku jest to jedno z ulubionych zajęć). Przeszukuję w myślach przepisy, przypominam sobie przeczytane książki kucharskie, obejrzane blogi kulinarne. Mam! Tortilla! Tylko teraz pytanie-jak to zrobić? Nigdy w życiu tego nie robiłam, ba, nie znałam nawet składników. Wysiliłam mózg do granic możliwości, wzięłam miskę, wsypałam mąki, dolałam wody, odrobinę oliwy z oliwek, sól, pieprz, oregano. Wszystko zagniotłam, rozwałkowałam i usmażyłam na patelni bez tłuszczu. Do tego przesmażyłam wędlinę, pokroiłam w kostkę pomidora, paprykę i ogórka. Na gotowe 'placki' wylałam ketchup, farsz, wszystko zawinęłam.
Bon apetit! 

(domyślam się, że zdjęcia nie wyglądają zbyt apetycznie ale zapewniam, że toritilla była pyycha:)

Anilakk

Friendly Fires

Welcome, Drodzy Państwo(lubię się tak do Was zwracać; pytanie tylko czy w ogóle ktoś nas czyta-jeśli tak, dajcie znać w komentarzu, nawet jeśli nie jesteście z blogowej sfery)w ten dzisiejszy poranek. Ykhm, to znaczy popołudnie-skutki wstawania o 11. Nie wyszedł mi wakacyjny plan budzenia się wcześniej aby dzień trwał dłużej. No cóż, przemilczę tę kwestię i przejdę do dzisiejszego tematu.
A mianowicie jest to moje nowe odkrycie muzyczne. Na tyle zajebiste, że muszę się z tym podzielić. Friendly Firies. W dosłownym tłumaczeniu Przyjazne Promienie. To indie rockowa grupa muzyczna powstała w 2006 roku w St Albans w Hertfordshire(Wielka Brytania). Myślę jednak, że samo określenie 'indie rock' zupełnie do nich nie pasuje. W ich twórczości słychać również muzykę elektroniczną i miejscami indie pop co w połączeniu z lekkimi tekstami, nadaje im status new rave, indietronic'ki a nawet dance. Pierwsze co mnie do nich przyciągnęło to cudowny tekst piosenki 'Paris', która brzmi jak obietnica wyrwania się z Polski. Nie żebym coś miała do naszego kraju <szczerzy zęby>.
Kiedy pierwszy raz zobaczycie teledysk do fenomenalnego utworu 'Kiss of life' możecie zaśmiać się w głos. Pozwalam, ponieważ mnie też śmieszył taniec frontmana-Eda Macfarlana. Cudownie wypina swoje bioderka, nie uważacie? :) Jednak najlepszy moment rozpoczyna się w 3:12 minucie piosenki kiedy Ed cztery razy wyśpiewuje 'A thousand butterflies from your lips to mine'. Wtedy zupełnie odpływam i chłonę to każdym skrawkiem mojej duszy.

 Friendly Fires 'Kiss of life'

Następny utwór, w którym wokalista daje popis swojego tańca jest 'Hawaiian Air'. Jest to dosyć lekka piosenka o ... Hawajach. Video utrzymane jest w cudownym klimacie bujających się na wietrze palm, turkusowej wody i tancerek hula.Doskonale zrobione, należą się brawa nie tylko dla zespołu ale i również dla operatora kamery, który sprawił, że przez równe 4 minuty czujemy się jak na wakacjach(przeraźliwie zazdroszczę chłopakom, że mieli możliwość przedzierania się przez dżunglę czy skakania do cudownie przejrzystej wody z wysokich skarp). Dzięki temu teledysk powędrował do moich ulubionych.

 Friendly Fires 'Hawaiian air'

Teraz zakładam słuchawki i razem z płynącą z nich muzyką Przyjaznych Promieni idę łapać równie przyjazne promienie Słońca, które dzisiaj zaszczyciło nas swoją obecnością i (prawie) mocno grzeje. Aloha!

Anilakk

środa, 27 lipca 2011

Ciasto czekoladowo-bananowe

Już szykowałam się do entuzjastycznego wykrzyczenia(okej, napisania) CIASTO CZEKOLADOWE! ale właśnie sobie przypomniałam, że... czekolada była podstawą wszystkich przepisów opublikowanych do tej pory na Stajlishu. Mam jednak nadzieję, że nie przysporzy nam to problemów; trzymam kciuki abyście byli równie zafascynowani czekoladą jak my.
Dzisiejsze ciasto to połączenie gorzkiego kakao, mlecznej czekolady i bananów. Ze swojej strony dodałam odrobinę wiórków kokosowych. Ciasto wychodzi bardzo wilgotne, ciężkie i przeraźliwie czekoladowe. Nawet zbyt mocno czekoladowe jak na mój gust-następnym razem dodam o jednego banana więcej. Tak dla równowagi smakowej :)
Polecam podawać ze spiętrzonym mlekiem-ciasto powoli nim nasiąka i nabiera pysznego mlecznego smaku. Mmm.

Przepis pochodzi z White Plate
SKŁADNIKI
- 3 jajka
-150g miękkiego masła
-100g czekolady
-170g cukru
-175g mąki
-1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
-25g kakao
-2 dojrzałe banany rozgniecione widelcem

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, masło utrzeć z cukrem. Dodawać po jednym jajku non stop ubijając. Przesiać makę, kakao i proszek.Powoli wsypywać do masy. Dodać czekoladę i banany. Piec w piekarniku nagrzanym do 180'C przez 50-60 minut.








Anilakk

(wybaczcie mi zbyt zielone zdjęcia-ciasto oczywiście jest w najnormalniejszym kolorze brązowym)

Lekarstwo na wszystko ...

Teraz, mając te naście lat, żałuję, że w okresie mojego childhood nie miałam swojej ulubionej pozycji książkowej z tego okresu. Od małego byłam kinomaniakiem (a nawet lepszym określeniem byłoby bajkomaniakiem)-znałam od podszewki bajki Walta Disney'a, w czasach kiedy Dobranocka wywierała na młodszym pokoleniu, jakieś "wow" solennie wypełniałam swój obowiązek wstawiania się o 19.00 przed telewizorem. Pociągały mnie wszystkie pierdółki, które w jakiś sposób były powiązane z bajkami - od breloczków z Mała Syrenką począwszy poprzez kredki z Kopciuszkiem, na kolorowankach z Herkulesem skończywszy. Miałam ulubione bajki, ale książki nie ...

Książkami zachłysnęłam się dopiero pod koniec podstawówki. Zawsze myślałam, że przeczytanie jednej książki trwa wieki ... Ba! Nawet żal było mi tych osób, które ciągle siedziały z nosem w książce. Na moje szczęście zawsze miałam dużą wyobraźnię i fantazję, co sprowadzało się do pisania najprzeróżniejszych opowiadań. Historyjki same wypływały z mojej głowy i magiczną mocą napierały na dłoń wprawiając ją w ruch, by zapełnić kartkę tysiącem niebieskich znaczków. Któregoś pięknego popołudnia (bądź przedpołudnia czy wieczoru-na pewno musiało być pięknie na dworze, w końcu to wiekopomna chwila!) wzięłam do ręki książkę, którą wygrałam w międzyszkolnym konkursie. Nuda była czymś czego nienawidziłam, więc postanowiłam pożytecznie spędzić czas. Okładka mało zachęcała - wielki, połamany lizak w kształcie serca z tytułem, którego napisania nie powstydziłby się pięciolatek, (jak na tamten okres) nazwisko trudne do wymówienia dla mnie ... Ale nie wypadało zbijać bąków, więc zabrałam się do czytania :  



W ekspresowym tempie przebrnęłam przez 78 stron i zapłakana, jak bóbr nie mogłam się pogodzić, że to koniec. "Już, tak szybko?!" Historia chorego chłopca na białaczkę, który pragnie skontaktować się z Bogiem, w taki sposób na jaki jego dziecięce możliwości mu pozwalają oraz borykającego się z najbardziej przyziemnymi problemami - do których należą problemy sercowe, rozumienie pojęcia "przyjaźń" poperz więź łączącą go z tytułową panią Różą, łapie za serce i z pewnością jest i będzie ponadczasową lekturą, która wnosi wiele do naszego życia.
Ucieszyłam się, kiedy niedawno trafiłam na kolejną książkę E.E.Schmitta. 

Poprzez osiem historii o kobietach ukazuje swój talent i udowadnia, że w krótkich opowiadaniach można znaleźć więcej mądrości od 400-stu stronicowej, opasłej książki.
Cieszę się, że widnieje już na liście moich ulubionych pisarzy, chociaż dopiero wdrażam się w jego twórczość. Cieszę się także, że literatura jest moim powietrzem.  

B.

wtorek, 26 lipca 2011

Best Five

Pisanie tutaj sprawia mi ogromną radość, nic dziwnego więc, że po raz kolejny kliknęłam ikonkę 'nowy post'. Każde sklecenie zdania, modelowanie go i ulepszanie strasznie mi się podoba. Jednakże, nie mając żadnych zdjęć outfitowych(chociaż niezastąpiona B.lepiej sobie z tym radzi) ani ciekawych przepisów(no okej, to mój dział) mam pewne trudności z wymyśleniem tematu. Myślę, myślę, włączając na youtube coraz to nowsze kawałki. Myślę, myślę, aż nagle doznaję olśnienia! Czemu nie miałabym napisać o czymś co dobrze znam? A co znam najlepiej? Fotografię, aparaty, obiektywy, sesje, zdjęcia... No dobra, to zajmuje zdecydowanie pierwsze miejsca na mojej liście najważniejszych rzeczy w życiu, ale jest coś jeszcze. Coś, bez którego niewiele nas mogłoby się obyć. Muzyka!
Tak jest Drodzy Państwo. W moim przypadku muzyka jest nie tylko dodatkiem przy siedzeniu przy komputerze czy umilaczem czasu w autobusie. Jest oczywiście czymś więcej, ale nie będzie tu filozoficznych gadek na ten temat. Krótko, zwięźle i na temat chcę przedstawić Wam moją ulubioną Piątkę.

1. Myslovitz
Najchętniej przy tej nazwie umieściłabym milion '<3', jednak myślę, że nie byłyby one wystarczające w tej sytuacji. No dobrze, dobrze... Piątka najwspanialszych mężczyzn na świecie-Artur Rojek, Wojciech Powaga, Jacek Kuderski, Przemek Myszor oraz Wojciech Kuderski. Dziesięć wspaniałych płyt, z czego każda zasługuje na oddzielny post. Wiem z doświadczenia, że niektórzy już mają dosyć mojego uwielbienia każdego dźwięku wydanego przez Myslovitz(cześć B.!) więc poprzestanę tylko na podzieleniu się z Wami moimi 'the best of':
Good day my angel

Z twarzą Marilyn Monroe(dostaję dreszczy za każdym razem gdy widzę TO spojrzenie Rojka)

2.Franz Ferdinand
Niebanalna nazwa co? W ich twórczości można znaleźć wiele odnośników do historii, kultury czy filmów.. Odkąd poznałam Franzów trzy lata temu ani razu nie usłyszałam zespołu, który robi tak ciekawą, inną i tak zajebistą muzykę. Są jedyni w swoim rodzaju, a głos Alexa jest najlepszy na świecie(oczywiście tuż za głosem Rojka). Ulubione: "Ulysses", którego mogę słuchać godzinami i nigdy mi się nie nudzi, "Michael" ze swoim dość kontrowersyjnym tekstem i przejmujące "Walk Away".

Ulysses 

Walk Away(to chyba mój ulubiony teledysk)


3. The Kooks
Kuksi, ach kuksi! Rozbrajający wokalista(zawsze jak oglądam jakiekolwiek ich video mam ochotę jechać do Londynu i ugotować mu obiadek), świetne teksty a wszystko połączone cudowną muzyką indie rock. Nawet nie wiecie jak ogromne było moje zdziwienie kiedy dowiedziałam się, że będą w sierpniu na Coke Life Music Festival! Już nawet nie wspominam o wściekłości jaka mnie ogarneła:Tysiące ludzi będzie na ich koncercie a ja nawet nie mogę pomarzyć o kupnie biletu! Ale kiedyś na pewno się uda. OBY!

Junk of the heart(happy)
 
Ooh la


4.One night only
Kiedy po raz pierwszy ich usłyszałam nie spodobali mi się. Była to piosenka "You and me" bardzo dziwnie zaśpiewana przez Georga. Miałam wrażenie, że słucham żabiego jazgotu :) Tyle, że potem włączyłam "Say you don't want it" i...... odleciałam! :) No i Drogie Panie, powiedzcie czy George nie jest najcudowniejszym Brytyjczykiem w całym wrzechświecie? Hmm. A może jednak nie? Zapomniałam! Matt Lewis, Ed Westwick... No cóż. Stańmy na tym, że wszyscy Brytyjczycy są przeraźliwie seksowni. 

Say you don't want it(świetny teledysk z Emmą Watson w roli głównej)

Chemistry(wersja akustyczna, nagrana przez Burberry;miękną kolana!)


5. Jeśli dotarliście do końca należą Wam się oklaski.[...] Piąte miejsce tak naprawdę powinien mieć każdy zespół/wykonawca przy którym zatrzymałam się choć na chwilę. Tutaj będzie to jedyne w swoim rodzaju Muse, do którego powracam od czasu do czasu. Ten zespół wzbudza we mnie takie emocje, że to wprost niemożliwe słuchać go non stop.Mimo to, pozostaję wielką fanką. Będzie to również The Crookers i ich magiczna piosenka "Yes, yes, we're magicians", Czesław Mozil ze swoją "Kruchą blondynką" i "O tych w Krakowie", Arctic Monkey i ich "Marty Bum", cudowna "Granda" Moniki Brodki czy nowo ułyszane "Zorbing" brytyjskiego Stornoway'a. 

So... Let's go and listening good music! 
(Mam głęboką nadzieję, że ilość alternatywności, folku, indie czy brit rocka Wam nie przeszkadza :) )

Anilakk

dieta? - all the time :)

Zapowiadał się maraton filmowy z komediami i dramatami (gatunek, w którym lubuje się Karo), jednak jak zwykle wyszły z tego ...


... babskie pogaduchy pod hasłem: "MY SIĘ ODCHUDZAMY" z różnorakimi przekąskami oraz delektowaniem się pysznym ciastem z galaretką. (P. ubolewa nad dzisiejszą sumą węglowodanów :) )

"kapucino" jest dobre na wszystko



 Zdrowe narzekanie na zbyt duże dzienne dostarczanie kalorii nikomu nie przeszkadza, wręcz przeciwnie! Nakręca nas jeszcze bardziej i to wtedy w głowach zapalają nam się lampki z napisem "jedzenie" i z prędkością karabinu maszynowego wyrzucamy z siebie co rusz nazwy potraw czy deserów, na które w danej chwili mamy ochotę. Życie bez jedzenia byłoby takie smutne-pozbawione pikanterii, słodyczy, goryczy ... Sokrates powiedział: "Jemy, aby żyć, nie żyjemy, aby jeść", ale on w IV p.n.e nie posmakował ani kuchni italiano ani kuchni azjatyckiej ani nigdy nie miał w ustach ciasta czekoladowego (a niech żałuje!).

Jedną z wielu atrakcji dzisiejszego popołudnia była zabawa z uroczym Timonem, którego uchwycenie na zdjęciu graniczyło z cudem.

"Czyż nie jestem grzeczny?" 
Karo z Timonem

jemu wybaczę wszystko! nawet podgryzanie ucha.
Więcej takich popołudni, kiedy pogoda stroi fochy :)

B.

HOW DO IT?

Poniedziałkowy maraton z Anilakkiem po second-hand'ach nie trwał zbyt długo. Z naszej listy sklepów skreśliłyśmy zaledwie dwa, jednak pomimo spędzonej godzinki na przebieraniu ciuszków, mogłyśmy wyjść z podniesionymi dumnie głowami, ponieważ zdobycze były niczego sobie. Naszymi łupami były dwie sukienki z oryginalnymi metkami (niezwykle przyjemnie jest wyjść z nową rzeczą, ze sklepu z używaną odzieżą) - pierwsza w kolorze bieli z domieszką ecru z metką atmosphere w romantycznym stylu -zwiewna, przewiewna (jak kto woli) z asymetrycznymi rękawami, której nie powstydziłaby się rusałka leśna (jej widok na drugiej osobie chwyta za serce, więc na pewno pojawi się w którymś poście, bez obaw!). Druga w kolorze dojrzałej śliwki (mmm, uwielbiam te owoce!!!) - pięknie eksponująca sylwetkę i nadająca się na night party. Aczkolwiek nie tylko można ją wykorzystać na takie okazje.

Dzisiejsza notka będzie w stylu "jak w szybkim tempie zmienić prostą kreację, w której wychodzimy na eleganckie standing party, bądź imprezę, której godzina zakończenia przewidywana jest z nadejściem  blasku słońca, by wrócić rano, nie walcząc w szpilkach z grawitacją, tylko wskoczyć w wersję casual"




uwielbiam aplikację w sukienkach, jaką są widoczne ekspresy


do stylizacji kocie okulary to najlepsze wyjście
+
ujarzmianie grzywki :) 


sukienkę zaakcentowałam mocnymi dodatkami,
by nabrała swoistego, rockowego charakteru.
Torebkę z mosiężnym łańcuszkiem
zmieniłam w kopertówkę
...a teraz czas na więcej luzu



wygodne baleriny, oldschool'owa jeansowa kurtka,
aplikacje na rękach, łańcuch wygodnie spoczywający
 na ramieniu, słuchawki w uszach i lecę skoczyć do biblioteki :)

peace!

Na zdjęciach widać moje różowo-sprane,zniszczone końcówki. Czekam aż zejdzie kolor, by podreptać do profesjonalistki, która ujarzmi także grzywkę. Czy też podejmujecie się codziennej walki z tą górną partią włosów, która chyba wiedzie własne życie?
B.